gastronomicznych wygód używam…!

Tak chwalił się w którymś z listów do przyjaciela Adam Mickiewicz i słowa te nie dziwią, bo ze źródeł historycznych dobrze wiemy, że wieszcz nasz lubił dogodzić swemu podniebieniu i na rzeczy kulinarnej znał się całkiem, a nawet bardzo dobrze.

Niepodważalnym dowodem dla niedowiarków – jeśli tacy istnieją – powinna być lektura naszej narodowej epopei, czyli ksiąg dwunastu „Pana Tadeusza”. Aż czternaście razy rozpisywał się tam Mickiewicz o kulinariach i biesiadach, a pisząc poemat, garściami ponoć czerpał ze starej książki kucharskiej, którą miesiącami woził ze sobą… Dziś wiemy, że było to najprawdopodobniej dzieło Stanisława Czernieckiego „Compendium Ferculorum albo zebranie potraw” z 1682 roku. Ach, czegóż to my się w tej księdze doczytać możemy! Lektura fascynująca! Smakowita! Inaczej, ale nie mniej zajmująca niż kulinarne wątki w „Panu Tadeuszu”. Oj, poznał się na rzeczy Mickiewicz!

My, też chcąc doświadczyć najlepszych i odchodzących już w niepamięć kulinarnych wrażeń, czerwcową Kuchnię Literacką Książnicy Płockiej poświęciliśmy kulinariom z Soplicowa żywcem zaczerpniętym. Zasiedliśmy tedy „Z Panem Tadeuszem przy stole”…

Przywołując poruszające nasze zmysły i organa trawienne fragmenty, dochodziliśmy tajemnic zupy czarno gotowanej z juszycą i wyrobu kumpii, zrazów owych, co to Płut z Rykowem w pół godziny dwadzieścia trzy zjedli, zapijając je obficie wazą ponczu…, półmisków pełnych kontuzów i arkasów, pieczeni wołowych i sarnich, combrów dziczych i jelenich…, doszliśmy różnic (lub też ich braku) między chłodnikami a chołodźcami, o które spory wiedli nawet biegli mickiewiczolodzy…, poznaliśmy wreszcie Soplicowa sekret kucharski największy, czyli przepis na „rybę nie krojoną, u głowy przysmażoną, we środku pieczoną, a mającą potrawkę z sosem u ogona”. Uff!

Po tym wysiłku intelektualno-gastronomicznym (w członie drugim do tego momentu czysto teoretycznym), jaki zafundowały nam aktorki Teatru Remedium Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Płocku razem ze swym mistrzem i mentorem, aktorem Teatru Dramatycznego w Płocku Henrykiem Jóźwiakiem, który na ten czas wcielił się w samego wieszcza Adama, przyszła pora na PRAKTYCZNE DOZNANIA.

I tu pałeczkę (czytaj: CHOCHLĘ) przejęły uczennice klasy gastronomicznej Zespołu Szkół Usług i Przedsiębiorczości pod nadzorem nieocenionej i absolutnie nie ustępującej w talentach i fantazji kulinarnej przywołanemu wyżej mistrzowi Czernieckiemu, pani Elżbiety Bieniek.

Uczestnicy spotkania „ani pytali nazwiska potrawy, ani ich zastanowił ów sekret ciekawy: Wszystko prędko z żołnierskim jedli apetytem…” , by w nawet nie w pół godziny opróżnić trzy okazałe wazy chłodników rozmaitych! I choć węgrzyna na popitkę brakło, to „gastronomicznych wygód” dość zażyto! A my z wielką przyjemnością patrzyliśmy, jak to wszystkim SMAKOWAŁO.

Ewa L. Matusiak

O Autorze

Podobne Posty