Środowy wieczór w Mediatece należał do Romany Kuffel – dziennikarki, która wydobyła z zapomnienia opowieści o Płocku minionego stulecia. Sala była wypełniona po brzegi miłośnikami lokalnej historii, spragnionymi opowieści o mieście, które nosi w sobie więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać.
Autorka przyznała, że Płock nie jest jej miastem urodzenia, lecz wyboru. To świadoma decyzja serca. Zawsze fascynowała ją panorama Płocka, jego położenie nad Wisłą oraz bogata historia. Ta fascynacja przerodziła się w dzieło – „Sekrety Płocka” (jest to dziewięćdziesiątą dziewiątą pozycją w serii wydawniczej trwającej od dwunastu lat).
„Nie czuję się literatką, po prostu jestem dziennikarzem” – przyznała autorka. Potem dodała z lekkim uśmiechem: „Dla tych, co wierzą w magię liczb, to dziewiątka to jest moja liczba urodzeniowa”.
Za książką kryje się benedyktyńska praca. Autorka opowiadała o researchu przyprawiającym o zawrót głowy: by zweryfikować fakty dotyczące Stanisława Górnickiego, przebrnęła przez ponad trzydzieści tysięcy stron starych gazet.
Wyzwaniem okazały się również ramy narzucone przez wydawnictwo Księży Młyn. Seria „Sekrety Miast” ma swoje żelazne zasady: tylko dwudziesty wiek, rozdziały nieprzekraczające trzech stron. Dla autorki, która natknęła się na prawdziwą kopalnię materiału, były to kajdany twórcze. Jak zmieścić w trzech stronach dramat uprowadzenia doktor Kamińskiej? Jak oddać sprawiedliwość wojnie polsko-bolszewickiej? Jak opowiedzieć historię Dołęgi-Mostowicza i Kate Piwnickiej, nie uciekając się do uproszczeń?
Na szczęście szef wydawnictwa, Michał Koliński, okazał się sojusznikiem. „Sekrety Płocka” rozrosły się do stu dziewięćdziesięciu dwóch stron – rekord w całej serii. Książka okazała się strzałem w dziesiątkę, znikając ze stoiska po spotkaniu jak świeże pieczywo w sobotni poranek.
Centralnym punktem wieczoru była sprawa, która do dziś nie daje spokoju pamięci miasta – uprowadzenie i śmierć doktor Kamińskiej w latach siedemdziesiątych. Wokół tej tragedii narosło tyle hipotez, tyle domysłów: morderstwo polityczne, spisek, przypadek? Dla Kuffel ten temat ma wymiar głęboko osobisty. Jako młoda harcerka brała udział w poszukiwaniach ciała lekarki, przeszukując teren ramię w ramię z żołnierzami.
Uczestnicy spotkania wspomnieli również inne lokalne historie, w tym heroiczną postawę dyrektora Fabryki Maszyn Żniwnych, który zaryzykował, opracowując kombajn Bizon i ratując zakład przed marginalizacją.
Nie wszystko jednak znalazło się na kartach książki. Kuffel stanowczo odmówiła opisania niektórych tragedii – na prośbę rodzin ofiar, z szacunku dla ich bólu. Morderstwo taksówkarza z lat osiemdziesiątych pozostało poza narracją.
Autorka nie ukrywała nostalgii za czasami, gdy dziennikarstwo było zawodem trudno dostępnym, a tym samym – obdarzonym szacunkiem. W PRL-u dostanie się do redakcji, graniczyło z cudem. W każdym województwie działała zazwyczaj jedna gazeta partyjna, a konkurencja o posady była zacięta.
„Teraz jest taka różnorodność mediów, że nie ma problemu” – mówiła. „Kwitnie dziennikarstwo społeczne – w internecie każdy może prowadzić bloga, swoją stronę. Wtedy było bardzo ciężko. We Wrocławiu nie miałam żadnych szans na etat czy choćby współpracę”.
Ta demokratyzacja zawodu ma jednak swoją cenę. Kuffel bez ogródek skrytykowała współczesne media za pęd ku clickbaitom i powierzchowności. Rzetelność wymaga czasu, weryfikacji źródeł, przedstawienia dwóch stron medalu. Tymczasem dzisiaj liczy się szybkość i liczba kliknięć.
Romana Kuffel nie ukrywała wzruszenia żywym odbiorem swojej książki. Reakcja czytelników skłania ją do rozważenia wydania kolejnego tomu, uzupełnionego o historie, które nie zmieściły się w pierwszym wydaniu. Po spotkaniu autorka nie śpieszyła się do wyjścia – rozmawiała z każdym czytelnikiem, podpisując egzemplarze długimi, osobistymi dedykacjami.
Projekt jest realizowany w ramach programu 2.1 E-usługi, Poddziałanie 2.1.1 E-usługi dla Mazowsza, typ projektów Informatyzacja bibliotek, w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2014-2020.